wtorek, 5 maja 2015

Tydzień nr 1






Można zaczynać tysiące razy. Można kasować bez ustanku i zaczynać od nowa. W zasadzie można robić wszystko co Ci się tylko zamarzy, co sprawia Ci radość. Można to robić. 

Pierdolić nie żałować. Zapieprzać do przodu. Ot tyle i aż.

Dziś był udany dzień. Jeden z takich dni, których potem nie pamiętasz totalnie, ale jak trwa sobie w najlepsze, miło jest czuć coś w stylu motywacji do pracy, do podejmowania nowych wyzwań. Ja tak dzisiaj miałam. Bo jakoś się układało. Co prawda nie wszystko, bo moja mama wkurwiłaby świętego a co dopiero taką pierdoloną cholerę jak ja. Jest totalnie chamska, totalnie. Wkurwia mnie w niej totalnie wszystko. Właśnie to totalnie ma oddać beznadzieję tej sytuacji, bo w zasadzie totalitaryzm nie jest najfajnieszy dla wolnej duszy. 
Ja zwykle się dziś nie uczyłam i zaczynam się tym poważnie martwić. Oczywiście nie na tyle poważnie, żeby zamknąć komputer i zacząć coś konkretnego robić... Nieee... tak robią nieudacznicy i lenie skończeni. Księżniczki takie jak ja: narzekają, uwalają pierwszy termin, zaczynają się uczyć i zdają w drugim. Przez to całe wakacje ma się totalnie w dupie i jest się zmęczonym cały Boży rok. 

Trzeba to skończyć. 
Z tym postanowieniem oddalam się do pokoju, po streszczenie Robbinsa.